Marzenia spłukane deszczem… - Dolomity 2014

Piz Boe - 3150 m.n.p.m.

Kto nie widział burzy w górach, ten nie wie, jak wygląda burza. Kto oglądał burze przez dwa tygodnie, ten nie wie, jak wyglądają góry.

Pogoda w tym roku, przynajmniej na południu Europy, była mocno kapryśna. Praktycznie wyeliminowała możliwość chodzenia po via ferratach. Deszcz, deszcz, dziesięć stopni w dzień - po prostu brzydko. Jakby cały świat się uparł, żeby zniszczyć pół roku przygotowań i wakacje. Zaledwie jeden dzień częściowo słoneczny, co nie znaczy, że bez deszczu.

Canazei to miejscowość położona blisko najwyższego szczytu Dolomitów, Marmolady oraz masywu Sella. Znajduje się tutaj stosunkowo niedrogi camping, który może być znakomitą bazą wypadową.

Dojazd z Krakowa:
A4 do wysokości Gliwic. Stamtąd na Ostrawę, Ołomuniec, Brno, Wiedeń (ważne, aby przed wjazdem do Wiednia skręcić na St. Pӧlten i ominąć absurdalny przejazd przez miasto), Linz, Salzburg, Insbruck (odcinek miedzy Salzburgiem a Insbruckiem prowadzi częściowo przez Niemcy. Warto zatankować samochód - paliwo jest tutaj najtańsze). Za Insbruckiem (dodatkowo płatny odcinek - 8€) kierujemy się na Bolzano. Italia to inna rzeczywistość. Nigdy nie byłem pasjonatem nawigacji GPS, ale Włochy naprawiły ten "błąd". Fatalne oznaczenia, małe litery, długie nazwy, idioci na stacjach benzynowych (jeden chciał 10€ za informację czy przejechałem zjazd), łatwo się zgubić. Odczułem to na własnej skórze - pewny siebie, z uśmiechem na twarzy dojechałem aż do ... Bolzano. Tam już bez uśmiechu włączyłem nawigację (szczęśliwie wziąłem tablet) i z jej pomocą, przedzierając sie przez góry dotarliśmy do Canazei. Przegapiony zjazd to okolice Chiusa-Val/Gardena Klausen (z E45 na SS242d / Griesbruck Strada Statale 242d) w stronę Canazei. Błąd kosztował nas około dwóch godzin i w efekcie przyjechaliśmy na miejsce o ósmej wieczór, co od piątej rano, daje piętnaście godzin z Krakowa.

Tym razem zrezygnowaliśmy z pensjonatów, wybierając życie pod namiotem. Padło na Camping Marmolada, na którym auto, namiot i dwie osoby kosztują 30 € za dobę. Drożej niż w Austrii, ale tańszego nie znajdzie.
Samo Canazei niczym szczególnym się nie wyróżnia. Typowa miejscowość wypoczynkowa z mnóstwem pensjonatów i ciasnymi uliczkami - atrakcją są góry znajdujące się wokół. MasywSella z jego via ferratami i najwyższym szczytem Piz Boe z pewnością należy do najciekawszych w Dolomitach.

Wycieczkę zaczynamy od wyjazdu samochodem na parking przy Passo Pordoi położonym u podnóża masywu.Sas de Pordoi Mając dwie możliwości dostania się na płaskowyż - pieszo i kolejką - wybieramy tę drugą. Co prawda świeci słońce, ale zapowiedzi nie są optymistyczne, czasu zatem niewiele. Kolejka wywozi nas na Sas de Pordoi znajdujący się na wysokości 2950 m.n.p.m. Pogoda zgodnie z prognozą zaczyna się psuć i chmury skutecznie zasłaniają większą część krajobrazu. Krajobrazu, który przy dobrej widoczności jest przepiękny. Górna stacja znajduje się na niewielkim płaskowyżu ograniczonym prawie siedmiuset metrowymi pionami. Zdesperowani ruszamy w kierunku szczytu. Po drodze zatrzymujemy się przy małym schronisku Forcella Pordoi (2829 m.n.p.m.), do którego dochodzi pieszy szlak z Passo Pordoi. Zmieniamy ubranie na cieplejsze i maszerujemy dalej. Mijamy płaty "wiecznego" śniegu, za którymi teren robi się bardziej stromy. Końcowe fragmenty są oporęczowane stalowymi linami, na szczycie stajemy po około dwóch godzinach od wyjścia z kolejki.
Dokoła biało, widoczność ograniczona do kilku, czasem kilkunastu metrów, na dodatek po chwili czujemy mżawkę. Po krótkim odpoczynku ruszamy w drogę powrotną - czas nagli. Poniżej poziomu chmur płaskowyż wygląda jak na Księżycu, a szare światło ciemnych chmur przypomina o istnieniu złowrogich mgieł. Widzimy jak w oddali wyłania się z za skał ciemna masa zakrywająca stopniowo cypel, na którym znajduje się stacja kolejki. Nie mamy szans zdążyć. Po dojściu na miejsce ostatnie kilkaset metrów pokonujemy w gęstej mgle, zabierając ze sobą grupę zagubionych turystów, krążących w kółko w obawie przed pionową czeluścią. Wspólnie docieramy do budynku kolejki. Niestety, Włosi nie zadbali o wyraźne oznakowanie szlaku na wypadek załamania pogody - trzeba uważać. Zjeżdżamy wagonikiem przy zerowej widoczności, idziemy do auta mokrzy, wieczorem pada, w nocy ulewa, rano leje - zwijamy namiot w deszczu. Sen o Dolomitach 2014 się skończył - poddajemy się. Wrócimy tu za rok - lepiej przygotowani na deszcz, z noclegami pod dachem.
Namiot jest wspaniały, nie sprawdza się jednak pod wodą.

Kliknij na zdjęcie powyżej, aby uruchomić pokaz slajdów.

Marek Brzeski

001226

Kliknij, aby zobaczyć >> galeria zdjęć >>

Marzenia spłukane deszczem… - Dolomity 2014