Didier Lockwood - wspomnienie

Didier Lockwood - wspomnienie

Śmierć z definicji jest bez sensu. Kiedy zapuka, rzadko negocjuje, bywa, że uderza nagle, zabierając wszystko w mgnieniu oka. 18 lutego 2018 roku na zawał serca zmarł jeden z najwybitniejszych skrzypków jazzowych, Didier Lockwood.

Patrząc na relację z festiwalu w Marciac, gdzie w 2017 r. Lockwood prezentował swoją ostatnią płytę, nie zauważyłem jakichkolwiek oznak, że artysta może mieć problemy ze zdrowiem. Pełen energii, ruchliwy,
w znakomitej formie – nic nie wskazywało, że za kilka miesięcy ma umrzeć. Urodził się w 1956 r. w Calias we Francji w rodzinie o tradycjach artystycznych. Ojciec (nauczyciel gry na skrzypcach) zadbał o solidne wykształcenie muzyczne dziecka posyłając go do renomowanych szkół już w wieku sześciu lat. W rezultacie, mając zaledwie trzynaście, został skrzypkiem w orkiestrze Theatre Municipal w Calias. Jako szesnastolatek, uznany wirtuozem skrzypiec, zdobywa nagrodę w konserwatorium w Calias oraz pierwszą nagrodę w ramach SACEM za współczesne kompozycje skrzypcowe. W wieku siedemnastu lat rezygnuje z dalszego kształcenia klasycznego i rozpoczyna karierę muzyka jazzowego. Przez kilkadziesiąt lat wydał około czterdziestu albumów, w których znajdziemy muzykę klasyczną, blues, jazz, rock, ślady inspiracji Coltrane'a, Monka, Grappell'ego. Komponował muzykę klasyczną, filmową. Utytułowany wieloma nagrodami i medalami, w tym najwyższym odznaczeniem francuskim – Orderem Legii Honorowej.

Grał i współpracował z całą czołówką światowego jazzu: Stern, White, Miller, Davis, Abercrombie, Cobham, Bailey, "nasz" Urbaniak – wymienianie wszystkich wypełniłoby całą stronę. Jeszcze więcej miejsca zajęłaby analiza jego twórczości. Surya z 1977 r., czy Live in Montreux z 1980 r. to, jak na tamte czasy, awangarda muzyki jazz-rockowej. Podobnie Fusion z 1981 r., uważana przez niektórych za przełom w twórczości Lockwooda. Prawdziwa zmiana nastąpiła dopiero jednak w 1983 r. za sprawą albumu DLG, któremu można przypisać określenie "narodziny nowoczesności". Płyty, we fragmentach, słucha się, jakby była nagrana wczoraj – ładne brzmienia, współczesne solówki. Należałoby jeszcze wymienić New York Rendez-Vous z 1995 r., koncerty z Birelim i Petruccianim jako świadectwo wszechstronności i wysokiej kultury muzycznej, kompozycje klasyczne, muzykę filmową (np. do obrazu Młody Perez) oraz działalność pedagogiczną w ramach prowadzonej od 2001 r. Szkoły Improwizacji Jazzowej. Jego dorobek kończy album Open Doors wydany w 2017 r. , w którym powraca do swingu, akustycznych brzmień i klasyki. Co byłoby dalej, już, niestety, się nie dowiemy. Wiemy, że i tak zrobił wiele. Niejednemu życia by brakło, aby dorównać aktywnością mistrzowi.


Zmarł człowiek, znakomity artysta, a świat sztuki zubożał o kolejnego klasyka. W dzisiejszych czasach następcom, nawet jeśli są, trudno się będzie przedrzeć – klimat nie sprzyja.
Czy Didier Lockwood umierając odszedł na zawsze? Tego nie wiemy.
Przepustką do wieczności jest kultura i tylko czas pokaże, jak ważną była jego twórczość. Prywatnie nie zgadzam się ze śmiercią i zawsze, kiedy odchodzą ludzie tego formatu, serce boli.

(wspomnienie dostępne również w magazanie JazzPress)

 

000756

Wspomnienie