Alpy - Fuscherkarkopf - góra jeszcze nie zdobyta
29 grudnia 2013 r.
Opis próby wyjścia na Fuscherkarkopf (3300m n.p.m.) oraz trasy do schroniska Oberwalderhutte (2972 m n.p.m.)
Alpy z punktu widzenia tatrzańskiego turysty są bezkresne. Kiedy stoimy na szczycie, otaczają nas ze wszystkich stron. Wybierając się tutaj, warto o tym pamiętać - szlaki są znacznie dłuższe, zabezpieczenia, nie licząc via ferrat, fragmentaryczne, a ekspozycja zupełnie innego kalibru.
Drogę na Fuscherkarkopf rozpoczynamy z parkingu Kaiser Franz Josef Hohe,
z którego korytarzem skalnym wydostajemy się na zbocze. Aby go znaleźć należy wejść do budynku (obok sklepu z pamiątkami) i z wnętrza przejść wprost do tunelu. Tutaj pojawia się pierwsze zaskoczenie. Mimo, że mamy 1 sierpnia, a więc absolutny środek sezonu, szlak jest zamknięty. Prowadzone są prace remontowe, które maja trwać do końca października. Wejście do tunelu zagradza drewniany stojak z tablicą informującą, że przejście jest nieczynne do końca sezonu.
Problem w tym, że właściwie innej drogi właściwie nie ma ....
Szczęśliwie Austriacy radzą sobie trochę "po polsku". Ignorują tabliczkę i omijając stojak, wchodzą do tunelu całymi grupami.
Na zewnątrz pięknie. Mamy do wyboru kilka korytarzy skalnych (po ciemku - wyłączyli prąd) z możliwością spotkania rozpędzonego buldożera albo ścieżkę trawersującą zbocze na zewnątrz. Wybieramy ścieżkę. Przy odrobinie ostrożności jest bezpieczna i atrakcyjna,
a po około kilometrze koparki i ciężki sprzęt zostają w tyle, ścieżka robi się szeroka, a wokół już tylko słońce, góry i cisza. Pod nami dziewięciokilometrowy lodowiec Pasterze, po przeciwnej jego stronie prawie czterokilometrowy Grossglockner, z przodu schronisko Hofmannshutte, a po prawej zbocze pnie się w górę masywu Fuscherkarkopf, na wysokość 3300 m. n.p.m. Nad nami błękitne niebo
i ani jednej chmury - wymarzona pogoda na wycieczkę.
Schronisko Hofannshutte jest punktem orientacyjnym, z którego według opisu można zejść na lodowiec i rozpocząć wyjście na Grossglockner. Tak przeczytałem w polskich przewodnikach kupionych przed wyjazdem. Do schroniska prowadzą dwie ścieżki odbijające w dół od głównego szlaku. Ciekawy lodowca zszedłem tam i niestety się rozczarowałem. Schronisko jest zamknięte, wygląda jak mały wstrętny barak, przypomina poradzieckie kołchoźniane rudery. Zniszczony, powybijane szyby, drzwi zabite deskami, w środku straszą zniszczone prycze. Nieprzyjemny kontrast z pięknem otaczających nas gór no i niepotrzebna strata czasu. Rzecz jasna żadnego zejścia na lodowiec ani jakiegokolwiek szlaku nigdzie nie ma. Opuszczone straszydło.
Po powrocie na właściwy szlak zerkam do polskiego przewodnika. Na "wysokości" schroniska powinna znajdować się ścieżka na Fuscherkarkopf (podobno najłatwiejsza trasa) - nic nie widzę. Po raz kolejny przewodnik nieaktualny. Wiadomości w nim pochodzą, chyba sprzed dwudziestu lat ..
Oczywiście można próbować wspinaczki "na krechę", ale w nieznanym terenie to mało rozsądne. Idziemy dalej. Według aktualnej, zagranicznej, mapy za około kilometr powinno się znajdować rozgałęzienie i "oficjalny" szlak na szczyt. Tym razem wszystko się zgadza - mapa aktualna.
Kamienisto - żwirowa ścieżka pnie się ostro w górę doprowadzając do skał. Przez jakiś czas wspinamy się po litym podłożu, a jedynym punktem orientacyjnym
i równocześnie zabezpieczeniem są wbite w skałę, co kilkadziesiąt metrów, metalowe pręty. Po przejściu odcinka skały stają, nieco, bardziej "dęba"
i wspinamy się z pomocą stalowych poręczówek. Dochodzimy do stromej szczeliny na dnie której znajduje się wąska przełęcz. Po krótkim, również, stromym podejściu wychodzimy na "główny grzbiet" góry. Z daleka wygląda jak gigantyczna piramida, monolit, z bliska nieco hamuje zapędy ..
Stojąc na grzbiecie mamy pod nogami nieprzyjemne piarżysko. Skała jest tak zwietrzała, że kruszy się pod nogami na drobne kawałki, a próby przytrzymania powodują, że odłamuje się, pozostając w rękach. Duża ekspozycja połączona z przestrzenią nieznaną w Tatrach sprawia, że wycofujemy się na przełęcz. Zauważam w górze dwóch wspinaczy wracających ze szczytu. Idą ostrożnie, bardzo wolno, postanawiam poczekać na nich i porozmawiać. Po około pół godzinie, asekurując się liną docierają do nas. Są "uzbrojeni" od stóp do głów. Oprócz uprzęży i liny, zwoje karabinków, kije, czekany, hełmy - uśmiechają się przyjaźnie. W krótkiej rozmowie odradzają dalszą wspinaczkę bez sprzętu. Szli na szczyt inną, "stabilną", drogą teraz schodzili na skróty po piarżysku. Opisali zejście jako niebezpieczne i bardzo nieprzyjemne.
Nie lubię zawracać, poddanie się jest również bardzo nieprzyjemne. Biorąc jednak pod uwagę to, że nie mieliśmy ze sobą żadnego sprzętu, rozsądnie postanowiliśmy zawrócić.
Następnym razem :)
Zejście po śladach to już nie wyzwanie.
Wnioski:
- Pokonany odcinek w najniebezpieczniejszych fragmentach nie przekraczał skali trudności wyjścia na Zawrat od strony Hali Gąsienicowej.
- Dalsza droga nie wymaga pionowej wspinaczki, ale ze względu na dużą ekspozycję i bardzo zdradliwe podłoże koniecznym jest asekurowanie się liną i korzystanie z mocnych kijków, aby uchronić się przed jazdą w dół.
- Dalsza droga nie ma żadnych poręczówek. Jest się zdanym tylko na siebie i partnera.
- W Alpach chcąc iść nieco wyżej należy zapomnieć o Orlej Perci, którą można "przeskoczyć" w adidasach z butelką mineralnej w ręce. Tutaj obowiązkowym wyposażeniem jest uprząż, lina, kijki, kask, nie zaszkodzi czekan.
i dobrze oznakowana trasa wśród pięknych szczytów. Końcowe fragmenty prowadzą wydeptaną ścieżką przez "wieczne śniegi" do schroniska znajdującego się na "skalnym klocku" na wysokość 2972 m n.p.m. Znakomita baza wypadowa do dalszych wędrówek, w tym na Fuscherkarkopf.
Nie zawsze wszystko się udaje, Fuscherkarkopf wciąż na mnie czeka :).
Na osłodę, w drodze powrotnej wyszły z ukrycia świstaki. Śliczne zwierzaki podeszły do nas prawie na wyciągnięcie ręki i gdyby nie brak orzeszków lub marchewki (kolejny błąd) to niewykluczone, że dałyby się pogłaskać.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

