Alpy - Dolomity

Marmolada 3343 m. n.p.m. - opis trasy na szczyt






25 października 2015 r.


Marmolada, Dolomity Alpy – via ferratą na Marmoladę

Jednym z najważniejszych celów tegorocznego wyjazdu w Alpy było wyjście na Marmoladę – najwyższy szczyt Dolomitów.
Górę, przy założeniu, że bazą jest Canazei, można zdobyć wybierając jeden z dwóch dostępnych wariantów. Dwudniowy, z podejściem od strony schroniska Rif Contrin i jednodniowy od strony jeziora Fedaia (Lago di Fedaia). Biorąc pod uwagę ograniczony czas pobytu w Alpach oraz cenę noclegu wybraliśmy drugie rozwiązanie. Wycieczkę rozpoczynamy o szóstej trzydzieści rano. Dojeżdżamy do zapory na Lago di Fadeia i przejeżdżamy nią na drugą stronę, parkując przy budynku dolnej stacji. Mimo, iż kolejka, oficjalnie startuje o godzinie 8,30 (kompletnie niezrozumiałe, dlaczego tak późno) warto przyjechać wcześniej, aby mieć czas spokojnie przepakować sprzęt, zjeść drugie śniadanie i ustawić się pierwszemu przy kasie. W praktyce wyciąg startuje około ósmej, a mając w perspektywie długie podejście i czasem kapryśną pogodę, każda godzina jest cenna. Gondole wywożą nas na wysokość 2626 m. n.p.m. do stacji Pian dei Fiacconi. Czytając, przed wyjazdem, internetowe opisy wyjścia na szczyt znalazłem informację, że nie warto korzystać z kolejki linowej, a trasę Lago di Fedaia - Pian dei Fiacconi można pokonać w jedną godzinę. Nie twierdze, że dla biegacza górskiego to niemożliwe. Przyzwyczajony jednak do "czasów tatrzańskich", wiem, że jeśli na tabliczce podano 3 godziny, a ja przeszedłem w 2,5, to czuję się "wielki". Odwrotna filozofia powoduje pośpiech i absurdalną rywalizację z zegarkiem. Kolejkę warto wybrać z dwóch powodów:

    • Pokonanie odcinka pieszo zajmie nam, idąc normalnym marszem z odpoczynkami, około dwóch godzin. Startując znad jeziora o szóstej (pobudka o czwartej) będziemy przy Pian dei Fiacconi około ósmej, czyli piętnaście minut wcześniej niż byśmy wyjechali wyciągiem. Żadna oszczędność czasu.
    • Po dwóch godzinach mozolnego podchodzenia mamy dwie godziny "w nogach", czyli jesteśmy trochę zmęczeni, a dwanaście godzin dopiero przed nami. Po prostu nie warto.
Po wyjściu z gondoli Marmolada jest przed nami. Spod stacji prowadzi ścieżka i schodki w kierunku szczytu i może się zdarzyć, że zobaczymy grupy wspinaczy kierujących się właśnie w tę stronę. Nie należy iść za nimi – to droga na lodowiec. Do via ferraty należy skręcić ostro w prawo w stronę piarżyska. Po chwili zobaczymy na skale napis via ferrata, co oznacza właściwy kierunek. Wyraźną ścieżką trawersujemy zbocze. Końcowy odcinek stanowi rozlegle piarżysko, na którym ścieżka znika. Idziemy w górę, w stronę małego lodowca, a raczej "wiecznego śniegu", trzymając się lewej strony. Po przejściu głazów docieramy do czoła "lodowca", który trawersujemy w stronę prawej ściany kotła. Bezpieczne przejście wymaga założenia raków i użycia ostrych kijków.

Wracając do czytanych przed wyjazdem internetowych porad, w jednej z nich znalazłem uwagę, że wyjście na Marmoladę nie wymaga użycia raków. Uwierzyłem. Oczywiście da się – jestem tego najlepszym przykładem. Nie miałem, a żyję. Wyjście bez raków to jednak taka typowa głupawa "polska szkoła" w rodzaju "Polak potrafi". Raki trzeba mieć ponieważ:
    • Realnie poprawiają bezpieczeństwo.
    • Dają komfort psychiczny.
    • W przypadku ich braku wywrotka na dolnym trawersie oznacza mokre ubranie, jazdę w stronę piarżyska i potłuczenia lub złamania. Poślizg w części szczytowej, oczywiście, nie musi się skończyć źle, ale to źle może oznaczać śmierć.

    • Marmolada, DolomityPo przejściu na drugą stronę "wiecznego" śniegu stajemy na początku via ferraty. Odcinek od stacji kolejki zajmie nam, wliczając odpoczynek i przystanki na zdjęcia, około dwie i pół godziny. Via ferrata w dużej części prowadzi nas granią lub w jej pobliżu. Prawie w całości jest solidnie oporęczowana i przy zachowaniu elementarnych zasad
      – bezpieczna. Bez problemu znajdziemy miejsca na odpoczynek i robienie zdjęć. Oferuje piękne widoki i emocje zbliżone do wysokogórskiej wspinaczki. Wspomniany "polski internet" przypisuje jej kategorię – trudna. Nie jest to do końca prawda. Dla doświadczonego turysty, mającego za sobą Orlą Perć, wyjście na Marmoladę będzie jedynie kolejnym etapem. Tym, co robi wrażenie jest, przede wszystkim, skala. Marmolada wznosi się na wysokość 3343 m. n.p.m. i w kontekście Tatr Alpy wydają się bezkresne.

      Przywołując Orlą Perć, nie sposób nie przypomnieć corocznych dyskusji na temat śmiertelnych wypadków w Tatrach. Owiana złą sławą Orla Perć corocznie zbiera żniwo. Nie pamiętam sezonu, w którym ktoś by nie zginął. Po każdym śmiertelnym wypadku pojawiają się "gadające głowy" ganiące brak roztropności, czasem słychać opinie, że szlak powinno się zamknąć (?). Dlaczego mimo upływu lat nikt nie wyszedł z inicjatywą, aby na Perci zrobić via ferratę? Dobrze wykonana pozwalałaby zakosztować wspaniałej, górskiej wspinaczki, a co najważniejsze ludzie przestaliby się zabijać.

      Wracając do Marmolady; ostatni odcinek nie jest zabezpieczony i prowadzi przez lodowiec. Na szczycie stajemy, uwzględniając odpoczynki, zdjęcia i mijanki, po kolejnych dwóch i pół godzinach. W malutkim "schronisku", znajdującym się nieopodal krzyża, można napić się "najlepszej pod słońcem" herbaty i zjeść "wyjątkową" szarlotkę (dla zmęczonego organizmu, wszystko, co na szczycie jest najlepsze na świecie :) ) Zejście jest możliwe tą samą drogą lub przez lodowiec. Większość wspinaczy wybiera drugi wariant – są jednak wyposażeni w raki, czekany i liny asekuracyjne. My, z oczywistych powodów, wybieramy via ferrtę. Zejście jest nieco trudniejsze, ale emocjonujące i ładne widokowo. Odcinek do początku via ferraty pokonujemy w około dwie godziny. Przed nami zejście po śniegu, głazy i trawers piarżyskiem do stacji kolejki, następnie ostro w dół do poziomu jeziora. O zjeździe wyciągiem nie mamy co marzyć. Ostatnia gondola odjeżdża za piętnaście szósta , o wiele za wcześnie dla kogoś kto nie chce biec z wywieszonym językiem byle zaliczyć szczyt.
      Odpoczywamy, pakujemy sprzęty, zjadamy ostatnie zapasy i ruszamy w stronę piarżyska. Ponowne pokonanie "wiecznego śniegu" już nie stanowi wyzwania. Odnajdujemy ścieżkę i mozolnie krok za krokiem zmierzamy w stronę stacji. Po około godzinie szlak skręca w górę, my jednak trawersujemy zbocze "na krechę" z założeniem, że wcześniej czy później musimy dojść do wyciągu i ścieżki. Cel osiągamy około siódmej wieczór. Chwila odpoczynku, ostatnie jabłko na pół i "już" po kolejnej półtorej godzinie jesteśmy na parkingu. Na zegarku dwudziesta trzydzieści, więc od startu w górę minęło dwanaście i pół godziny. Zmęczeni, zdejmujemy uprzęże, pijemy łapczywie zostawioną w bagażniku wodę i szczęśliwi wsiadamy do samochodu.

      Za oknem piękny dzień dobiega końca. Jeden z tych, które będziemy wspominać przez lata.

      Niezbędne wyposażenie:
        • Kask
        • Uprząż
        • Lonża
        • Raki
        • Mocne kijki
        • Buty górskie z vibramem
        • Rękawiczki bez palców
        • Czekan i lina asekuracyjna (dla tych, którzy chcą poruszać się po lodowcu).
      Zobacz galerię zdjęć   >>>Galeria>>>

      Marek Brzeski






      Komentarze



      Nikt jeszcze nie skomentował tej recenzji