Góry można pokochać. Można się ich bać, można czuć wobec nich respekt
i szacunek… i chcieć tam powracać tak często, jak to tylko możliwe.
Zakochałam się w górach chyba jakoś stopniowo. To nie było jak strzała Amora, że pojechałam raz i już żyć bez nich nie mogłam. Nie. Trwało to zdecydowanie dłużej…
W dzieciństwie jeździłam czasem w tzw. góry z rodzicami. Dlaczego tak zwane? Ponieważ wzorem wielu turystów z górami utożsamiali oni Krupówki i samo Zakopane! Szczyty widziałam więc tylko z daleka i wydawało mi się, że skoro rozpoznaję Giewont, to o górach sporo wiem.
Świadomie w Tatry, aby zdobywać szczyty, pojechałam mając dziewiętnaście lat, zaraz po zdanej maturze i dostaniu się na wymarzone studia. To miała być taka nagroda. No pojechałam, a jakże, nocnym pociągiem, siedząc w wagonie w pobliżu niezbyt ładnie pachnącej toalety i zastanawiając się, czy ja aby na pewno wiem, co robię. Do Zakopanego dotarliśmy wczesnym rankiem i po znalezieniu miejsca do spania u miłego górala, zarządzono wyprawę na Giewnot!
Kilka niezbędnych rzeczy do plecaka i w drogę! Upał… upał… pić… siedzieć… Wewnętrznie zawzięta ( przecież się nie poddam, skoro wszyscy idą i nie widać po nich zmęczenia), z zaciśniętymi ustami, ze sztucznym uśmiechem oznaczającym, że skąd, przecież to pestka, co tam Giewont taki, phi, bułka z masłem, a że czerwona jestem? To z upału, w końcu plus 50 chyba, na litość boską, kiedy ten cholerny szczyt?! Doszłam… Samo podejście na szczyt sprawiło, że odzyskałam siły i tam po raz pierwszy miałam w rękach zimny i śliski łańcuch, nieco pordzewiały ( tu zaczęła się, wtedy jeszcze nie uświadomiona, moja pasja chodzenia po szlakach z łańcuchami). Pierwsza rzecz na szczycie; natychmiast proszę zrobić mi zdjęcie z tym krzyżem, bo nikt nie uwierzy ( sama nie uwierzę!). Droga powrotna to oczywiście luzik i gadka o tym, że to wcale nie było tak trudno. W Zakopanem zakupy i powrót do wynajętego pokoju. Żądna pochwał i docenienia, pękając z dumy, pochwaliłam się miłemu góralowi, że byliśmy na Giewoncie. Ach, jakaż byłam dumna! Wpatrując się w usta miłego górala, oczekując słów uznania, pęczniejąc z wiadomych już powodów… "Iii … pani… tam taka ceprostrada…iii tam…" po czym poszedł karmić drób. Pęknąć jak przekłuty balon? Proszę bardzo; i to grubym gwoździem .
Gwóźdź z dnia poprzedniego okazał się być nie tylko gruby, ale i zardzewiały. Nie ma mowy, nigdzie nie idę, żadne szczyty, nogi mnie bolą, uda pieką, chcę leżeć! Zarządziłam dzień odpoczynku i nabierania sił. Skutecznie omijałam miłego górala. Moje przekonanie, że do gór to ja się chyba nie nadaję, stanowczo twardniało. Trzeciego dnia znów zawzięta, zdeterminowana, poszłam. Tym razem celem było schronisko Murowaniec, potem krótka trasa nad Czarny Staw. Widok na najbliższe szczyty sprawił, że po raz pierwszy poczułam to, co towarzyszy mi już za każdym razem, kiedy dojdę do wyznaczonego w górach celu, choćby było nie wiem jak trudno i ciężko, choćbym chciała zawrócić po drodze sto razy, pomimo zadawania sobie pytania: po jaką cholerę ja się tak męczę?! Satysfakcja. Poczucie spełnienia. Radość z pokonania własnej słabości. To nagroda. A jeżeli dołączyć do tego jeszcze najpiękniejsze na świecie widoki, przecudne panoramy, wspaniałe kolory gór i dolin…
Z roku na rok kochałam góry coraz bardziej. Nigdy nie zapominam o tym, jak są wymagające, ani o tym, jak bardzo mogą być niebezpieczne. Miłość do gór? Tak, ale w połączeniu z szacunkiem i respektem.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu
