Są pytania, które znamy, a które wciąż pojawiają się od pokoleń: Skąd się wziął człowiek? Kto go stworzył? I po co?
Ridley Scott w nowym filmie Prometeusz daje (?) odpowiedzi na te pytania… choć właściwie nie do końca ich udziela.
Mityczny tytan Prometeusz stworzył człowieka z gliny, a następnie tchnął w niego życie. Widząc nieporadność pierwszych ludzi, nauczył ich wszystkiego, co było potrzebne, aby przetrwali. Więcej… dla człowieka naraził się Zeusowi i poniósł surową karę. Był więc tym dobrym stworzycielem i na swój sposób kochał tych, których powołał do życia.
W filmie Scotta Prometeusz to statek kosmiczny, który przenosi grupę ludzi na inną planetę, na której, według pary naukowców, żyją inżynierowie, czyli stworzyciele, ojcowie, ludzi.
Członkowie załogi przybywają na nową planetę w różnych celach. Jedni chcą potwierdzić swoją teorię o pochodzeniu człowieka, inni udali się w tę podróż dla pieniędzy, są i naukowcy ciekawi nowych form życia… Jest i stojący nad grobem miliarder, chcący zdobyć ( o ironio!) eliksir wiecznego życia, jak również robot do złudzenia przypominający człowieka, który wydaje się realizować swój własny plan. Jeśli dołożymy do tego rok 2093 i technikę na niesamowitym stopniu rozwoju, to mamy science fiction z elementami… no właśnie czego? Filozofii? Nauki? Według mnie główną myślą filmu było postawić pewną tezę dotyczącą pochodzenia człowieka. Problem w tym, że teza pozostała tezą, a pytań pojawiło się jeszcze więcej.
Część bohaterów z wielką determinacją próbuje udowodnić swoje naukowe racje i to doprowadza do wyzwolenia niebezpieczeństwa zagrażającego Ziemi. Jeden ruch, jeden gest uruchamia cała spiralę wydarzeń, których nie można już zatrzymać. Stworzyciele ludzi to istoty złe, które swoich "dzieci" nie darzą przyjaznymi uczuciami. Nadciąga katastrofa…
Akcja wciąga i trzyma w napięciu do samego końca, do ostatnich sekund filmu. Efekty specjalne bez zarzutu. Film bardzo ciekawy. To nie wszystko. Konstrukcja fabuły daje do myślenia, dotyka ważnych problemów dotyczących nie tylko pytań o człowieka, ale o wszystko, co wiąże się z odpowiedzialnością za swoje czyny, za ich skutki, za świat. Stawia pytania o możliwości, ale i granice, których bezkarnie przekraczać nie wolno.
Po wyjściu z kina pomyślałam, że może lepiej nie być zbyt dociekliwym?
Może lepiej nie pytać? Albo inaczej; pytać, zastanawiać się, ale nie szukać odpowiedzi, bo może nas ona zaprowadzić zupełnie nie tam, gdzie chcemy…
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tej recenzji
