Salzburg - Mozart - temat na wakacje.

Salzburg - Mozart - temat na wakacje.

Klątwa Mozarta ...

Latem 2013 r., po wakacyjnym pobycie w Alpach austriackich zatrzymaliśmy się na jeden dzień w Salzburgu, ładnie położonej miejscowości, rodzinnym mieście Mozarta. Przechadzając się po starym mieście, odnieśliśmy wrażenie, że cała miejscowość żyje z geniusza. Pamiątki, słodycze, plakaty, konfekcja - wszędzie Mozart. Nie ma sklepu, wystawy czy kamienicy bez wszechobecnego wizerunku sławnego kompozytora. Co krok zaproszenie na któryś z licznie organizowanych koncertów, będących elementem wakacyjnego Festiwalu Mozartowskiego. Jego muzeum i zarazem dom rodzinny znajduje się na ulicy Getreidegasse 9. Przed wejściem tłum turystów, do kasy spora kolejka (kasjer Polak :/ ), bilet 10€, wnętrze .... no właśnie zaskoczenie.
Prawie puste pokoje, kilka gablot z niewiele znaczącymi rekwizytami, "sala audio" obita surową, ordynarną sklejką - dźwięk na poziomie radia tranzystorowego. W kolejnym pomieszczeniu "kopuła medialna" do której wkłada się głowę od spodu - z surowej sklejki, przed oczami stary kineskopowy telewizor, fatalnej jakości obraz, dźwięk mono - słowem kpina. Jeśli do tego dodać brak klimatyzacji, potworny zaduch i spoconych turystów to najbardziej poszukiwanym elementem stają się drzwi wyjściowe. Zdegustowani warunkami skracamy zwiedzanie i wychodzimy.

Na ulicy inny świat - wszędzie Mozart. Pamiątki, cukierki, tysiące kolorów. Odwracam głowę w stronę muzeum i nie mogę uwierzyć. W domu za nami dorastał geniusz, jeden z najwybitniejszych kompozytorów jacy kiedykolwiek żyli. Salzburg zawdzięcza mu sławę i znakomicie rozwijający się przemysł turystyczny. Ten sam Salzburg urządził muzeum Mozarta, w którym ... samego Mozarta jakby nie ma. Na dodatek jeszcze nie na tym piętrze, na którym faktycznie mieszkał ... Pojawia się pytanie - dlaczego?
Czy Austrii i Salzburga nie stać stworzenie muzeum z prawdziwego zdarzenia?
Stać - Austria i Salzburg mają pieniądze.
No to dlaczego?
Przecież muzeum powinno być hołdem dla artysty i wizytówką miasta, a jest właściwie zaniedbane i nie zachęca do zwiedzania.
Co jest nie tak z tym Mozartem?
Postanowiłem, po przyjeździe do domu, przypomnieć sobie sylwetkę i życiorys. Może zobaczę coś co historycy byli uprzejmi pominąć, skupieni na twórczości, kwitujący kłopoty osobiste kompozytora lekkomyślnością oraz ponadczasowością jego muzyki, której nie umieli docenić ówcześni.

Wolfgang Amadeusz Mozart, urodził się 27.01.1756 roku w Salzburgu w rodzinie skrzypka służącego w kapeli biskupa Salzburga. Jego pierwsze kompozycje datuje się na rok 1761, kiedy skończył pięć lat.

Rok później (jako sześciolatek) wyjechał z siostrą pod opieką ojca w podróż artystyczną, występując na dworach w Monachium i Wiedniu.

W latach 1763-1766 (między siódmym a dziewiątym rokiem życia) wyjechał z rodziną na trzyletnie tourne do Paryża i Londynu. W tym okresie skomponował sonaty skrzypcowe oraz pierwsze symfonie (!)

Mając jedenaście lat występował w Wiedniu przed cesarzem.

W kolejnych latach stworzył symfonie, opery, pieśni, mszę, divertimenta, serenady, kasacje, kwartet, arie ... Występował na dworach przed możnymi ówczesnego świata. Jego nazwisko stało się synonimem "cudownego dziecka". W zachowanych listach z tamtego okresu możemy przeczytać między innymi:

[z listu ojca Mozarta do żony w czasie pobytu na dworze cesarskim w Wiedniu] - "..Wolfgang skoczył cesarzowej na kolana, objął ją za szyję i serdecznie ucałował"*

[wspomnienia siostry Mozarta] - "Ponieważ podróże nasze wiodły go do rozmaitych krajów, wymarzył sobie - podczas gdy jechaliśmy z jednej miejscowości do drugiej - królestwo, które nazwał /Königreich Rükken ../ mieszkańcy owego królestwa obdarzeni zostali tym wszystkim, co mogło z nich uczynić dzieci dobre i wesołe - on sam był tego państwa królem ..."*

[z listu ojca w czasie pobytu we Francji] - "... mój imć Wolfgangus dostąpił tego zaszczytu, iż stał obok królowej, stale z nią rozmawiał, kilka razy ucałował jej ręce i u jej boku jadł potrawy , które mu ze stołu sama podawała. /.../król nie zna niemieckiego, więc wszystko, co nasz dzielny Wolfgang mówił, królowa mu tłumaczyła.."*

[z listu Mozarta do mamy] - "Najdroższa Mamo! - moje serce nie posiada się z radości, bo tak mi wesoło w tej podróży, bo w powozie jest ciepło, a nasz woźnica to elegancki chłop /..../ piszę dlatego, aby okazać, że znam swoją powinność wobec Mamy i z najgłębszym respektem jestem jej oddanym synem ..."*

[z listu ojca do żony w czasie pobytu w Rzymie 1770] - "..tak oto poszliśmy na obiad kardynałów. Wolfgang stał między krzesłami dwóch eminencji /.../kardynał Pallavicini skinął na Wolfganga i powiedział: - zechciał by mi kawaler w zaufaniu powiedzieć , kim jest? - wówczas Wolfgang opowiedział mu wszystko. Kardynał odpowiedział /../ - A to kawaler jest owym sławnym chłopcem, o którym tyle mi pisano ..."*

Listy z pewnością są tylko fragmentem rzeczywistości i nie dają pełnego obrazu osobowości Mozarta ani realiów w jakich żył. W opinii wielu są jednak podstawowym źródłem informacji o kompozytorze. Pisze się, że Mozart miał zły lekkomyślny charakter, który przyczynił sie do jego późniejszej klęski.
Nie podejmuję się oceny.
Czytając listy z okresu do 1770 roku widzę normalne, wesołe dziecko, wybitnie uzdolnionego pianistę i kompozytora, podziwianego na dworach królewskich, cesarskim, a nawet przez samego papieża.

W czasie tej samej podróży w 1770 roku przebywając w Rzymie, po jednokrotnym wysłuchaniu w Kaplicy Sykstyńskiej Miserere G. Alegriego, spisał je z pamięci. Kompozycję zabezpieczoną przed wyniesieniem karą klątwy.

[w liście ojca do żony czytamy] - ".. Przybywszy tu poszliśmy zaraz do Kaplicy Sykstyńskiej, aby usłyszeć Miserere ... czy wiesz, że tutejsze Miserere jest tak niesłychanie cenione, że nie wolno śpiewakom kapeli pod karą klątwy, wynosić na zewnątrz żadnych nut tego utworu do skopiowania czy nawet do pokazania komukolwiek ** ... Ale my już tę muzykę mamy - Wolfgang ją spisał. Posłalibyśmy (odpis) do Salzburga gdyby wykonanie utworu nie wymagało naszej obecności, bo właśnie sposób wykonania znaczy więcej niż sama kompozycja. Z wszystkich tych względów kompozycję ową - jedną z tajemnic Rzymu - przywieziemy sami, nie oddając jej w obce ręce, abyśmy pośrednio lub bezpośrednio nie narazili się cenzurze kościelnej"*

Wydaje się mało prawdopodobne, aby Mozart celowo chciał ośmieszyć papieża i jego klątwę. Prawdopodobnie był to dziecięcy żart, pokaz sprytu i fenomenalnej pamięci. Czy sam wpadł na ten pomysł czy podsunął mu go wszędobylski ojciec tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Incydent przeszedł do historii jako spektakularny przykład geniuszu kompozytora.

Niespełna dwa i pół miesiąca później papież udekorował Mozarta orderem Złotej Ostrogi, nadając mu szlachectwo z tytułem Signior Cavaliere. [W dniu 7 lipca 1770 roku ojciec Mozarta w liście do żony pisze] - ".. to, co pisałem Ci ostatnio o orderze okazało się prawdą /.../ Jutro z tego powodu będziemy u papieża .."*

Zważywszy, że spisanie Miserere było utrzymywane w tajemnicy, papież w chwili wręczania orderu mógł jeszcze nie wiedzieć o "kradzieży".

Jesienią, tego samego roku, po szczegółowych egzaminach Mozart zostaje przyjęty do Akademii Bolonii jako mistrz kompozycji, o czym ojciec chwali się w liście do żony. Zadanie egzaminacyjne wykonał w czasie pół godziny, gdy średnia dla zdających wynosiła ponad trzy godziny.

Na tym właściwie kończy się pierwsza podróż do Włoch i spokojny, pełen sukcesów, okres w jego życiu. Wyjeżdżał jeszcze dwukrotnie jednak w opinii historyków, kolejne wyjazdy nie były już tak udane. Widoczny przełom nastąpił między drugą a ostatnią podróżą. Umiera dotychczasowy biskup Salzburga, na jego miejsce zostaje powołany hrabia Hieronim Colloredo. Nowy biskup wprowadził surową dyscyplinę, zabronił Wolfgangowi podróży, odmówił awansu ojcu i w zgodnej opinii historyków "raj" się skończył.

"..Pojawienie sie jego osoby [Colloredo] w Mozartowskiej biografii - zauważa J. Kremlew - oznacza koniec wszelkich złudzeń i tęczowych nadziei jakie przyświecały dzieciństwu Mozarta"**

Czytając różne biografie można odnieść wrażenie, że wszystkie późniejsze lata wyglądały trochę tak jak jego dzisiejsze muzeum. Niby jest, a trochę jakby go nie było. Występuje, komponuje, zdobywa coraz większe uznanie, równocześnie nie mogąc znaleźć posady, która odpowiadałaby jego talentowi, nie mówiąc już o biedzie, która coraz częściej zagląda mu w oczy.

Kiedy w czasie ostatniej podróży do Włoch starał się o pracę na dworze w Mediolanie, arcyksiążę wycofał się z zamiaru zatrudnienia go pod wpływem listu od matki - "Zapytujesz czy masz przyjąć do służby młodego salzburczyka. Nie wiem dlaczego miałbyś to zrobić, przecież nie jest Ci potrzebny kompozytor /.../ mówię Ci tylko, aby Cię przestrzec przed obarczaniem się ludźmi zbędnymi..."*

Z jednej strony sukces opery - " Monachium 14 stycznia 1775 - Chwała Bogu! moja opera weszła wczoraj in scenam i tak dobrze wypadła, że nie mogę Mamie opisać wrzawy. Przede wszystkim teatr był tak nabity, że wielu ludzi nie dostało sie na przedstawienie. Po każdej arii burza oklasków, wołania Viva maestro!." * - [z listu Mozarta do matki]

Z drugiej strony reakcja Colloredo - " wyobraź sobie zakłopotanie jego książęcej wysokości [arcybiskupa salzburskiego], kiedy słuchał jak elektorstwo i cała tutejsza arystokracja unosi się w pochwałach dla opery Wolfganga i kiedy wszyscy składali mu uroczyste gratulacje tak był zakłopotany, że jedyną jego odpowiedzią było kiwanie głową i wzruszanie ramieniem." *- z listu ojca do żony.

Niechęć Colloredo do podróży i występów Mozarta była tak wielka, że w 1777 roku, aby móc koncertować w Niemczech i we Francji Mozart musi pisać prośbę o zwolnienie ze służby. Mimo usilnych starań, po raz kolejny, nie udaje mu się znaleźć żadnej stałej posady. Nieszczęścia dopełnia śmierć matki, która w 1778 umiera w Paryżu na tyfus.
Salzburg, z którego tak bardzo chce się wyrwać wraca jak temat w rondzie. Mając dwadzieścia trzy lata pisze podanie o ponowne przyjęcie do orkiestry biskupiej. Lektura podania przygnębia i nie ma nic wspólnego z dzisiejszym rozumieniem pozycji społecznej geniusza. -"..Salzburg, w styczniu 1779. - Wasza Książęca Wysokość, Przewielebny Książę Świętego Państwa Rzymskiego! Najłaskawszy Panie Zwierzchniku! - Panie! - Wasza Książęca Wysokość /.../ raczyła /.../ przyjąć mnie najłaskawiej do służby Waszej Książęcej Wysokości; ośmielam się więc najpokorniej prosić o zadekretowanie mojej nominacji na organistę nadwornego. W tej jak w każdej innej sprawie, polecam się łasce Waszej Książęcej Wysokości. - Jestem Waszej Książęcej Wysokości, mojego łaskawego Zwierzchnika i Pana, najuniżeńszy i najposłuszniejszy - Wolfgang Amade Mozart." *

Ponowna służba u biskupa nie trwała zbyt długo. Zmęczony i sfrustrowany wymawia posadę po niespełna dwóch latach i w 1781 roku wyjeżdża do Wiednia, gdzie pozostaje do śmierci.

Lata wiedeńskie, to lata złudnych nadziei, frustracji, biedy i złych ludzi wokół. Nawet kiedy jego kolejna opera "Czarodziejski flet" świeci triumfy, autor libretta - Emanuel Schikaneder - wyraża się o Mozarcie lekceważąco - " Tak, powodzenie byłoby jeszcze znacznie większe, gdyby ten Mozart nie nafuszerował mi tyle"*
Na plakatach jako autora podaje się librecistę, nazwisko Mozarta umieszczając na samym dole małym drukiem.

Pozbawiony stałej posady zaciąga pożyczki u lichwiarzy, staczając się materialnie na dno.

Latem 1791 roku otrzymuje zamówienie na mszę żałobną od, jak podają kroniki, obcego, chudego, szaro ubranego, tajemniczego i posępnego mężczyzny. Trupio wyglądający posłaniec zastrzegł w umowie anonimowość zleceniodawcy. Mozart przyjmując usługę, był przekonany, że zamawiającym jest Śmierć i mszę pisze dla siebie samego. Kilka miesięcy później, 5 grudnia 1791 roku umiera. Miał 36 lat, pozostawił po sobie gigantyczną spuściznę w liczbie ponad sześciuset utworów.
Nigdy nie dowiedział się, kto stał za zamówieniem.

Legenda mówi, że został otruty przez swojego konkurenta na dworze cesarskim, Salieriego.

Dzisiejsi naukowcy, na podstawie aktu zgonu i opisanych tam objawów zdiagnozowali przewlekłe zapalenie nerek z mocznicą.

Jakie by nie były przyczyny, fakt pozostaje faktem - umarł za wcześnie.

Czy istnieje związek między "wyniesieniem" przez Mozarta, obłożonego klątwą utworu z Kaplicy Sykstyńskiej, a zmianą na stanowisku biskupa w Salzburgu i mianowaniem na to miejsce Hieronima Colloredo?
Nie wiadomo. To mógł być zwykły zbieg okoliczności. Nie ma jednak wątpliwości, że po tej nominacji nic nie było już takie jak dawniej. "Świat pozwolił" mu żyć i tworzyć jeszcze przez chwilę, równocześnie nie dopuścił do awansu, skazując na biedę i wykluczenie.

Swoją drogą "kradzież" w biały dzień własności kościoła, wykpienie klątwy w czasach, kiedy inkwizycja pali na stosie "czarownice" (Polska 1793 r. - ostatnia zanotowana egzekucja) lub wiesza za herezję (Hiszpania 1826 r. - "... nauczyciela za to, że w szkolnych modlitwach zastępował słowa Ave Maria słowami Chwała niech będzie Bogu"***) - była z pewnością, ze strony Mozarta, sporą zuchwałością.

Czy tajemniczy posłaniec reprezentował Śmierć?
Reprezentował hrabiego von Walsegg, oszusta, który specjalizował się w anonimowym zamawianiu utworów muzycznych u znanych kompozytorów i wydawaniu ich pod własnym nazwiskiem. W tym przypadku chciał coś "skomponować" dla swojej zmarłej żony. Historycy marginalnie traktują postać, która jednak była dość mocno osadzona w ówczesnej hierarchii, skoro na dziesięć lat przed śmiercią Mozarta gościł u von Walsegga na zamku papież, udający się z wizytą do Wiednia na spotkanie z cesarzem Józefem II.

W kontekście wydarzeń szary oficjalista był jednak posłańcem Śmierci. Mozart umierał pod wrażeniem symboliki, przekonany, że został otruty - "Kiedy pewnego razu, aby odegnać od niego smutek, żona pojechała z nim do Prateru i kiedy samotnie tam z sobą siedzieli, zaczął mówić o śmierci, o tym, że Requiem pisze dla siebie samego, a przy tym miał łzy w oczach. Żona usiłowała odwieść go od czarnych myśli, ale on odpowiedział - Nie, nie, zbyt dobrze to czuję, że nie będzie to już długo trwało - jestem przekonany, że ludzie mnie otruli! Nie mogę się od tej myśli opędzić ..." - * - Nissen (drugi mąż Konstancji Mozart) na podstawie jej wspomnień.

Pozostałe fakty jeszcze bardziej smucą i jeszcze trudniej je zrozumieć.

Ksiądz odmówił przyjścia do umierającego, żona nie poszła na pogrzeb, świat muzyczny i arystokracja nie zareagowali na jego śmierć. Kondukt żałobny, składający się z kilku znajomych, z powodu złej pogody, zawrócił przed cmentarzem, w efekcie nikt Mozarta nie żegnał - trumnę złożono do zbiorowej mogiły.
Żona sprzedała jego rękopisy za szesnaście tysięcy guldenów, co w tamtych czasach zapewniło jej spory posag. Powtórnie wyszła za mąż za sekretarza duńskiego poselstwa i przez osiemnaście lat nie interesowała się gdzie pochowano jej męża. Szuka grobu dopiero za namową drugiego męża, który pisze biografię Mozarta (!) - oczywiście bez skutku, grobu nie znaleziono.
Autentyczny odlew twarzy geniusza tłucze przy sprzątaniu i ... jako śmieci wyrzuca.

Z sześciorga dzieci Mozarta przeżyło dwóch synów, którzy nigdy nie założyli rodziny i umarli bezpotomnie.

Dzisiejsze muzeum Mozarta w Salzburgu to kpina, Miloš Forman nie uzyskał zgody władz miasta na kręcenie filmu biograficznego o kompozytorze ...

Może wszyscy czegoś nie wiemy ..

Marek Brzeski
Bibliografia:

*    Karol Stromenger - "Mozart", PIW, Warszawa 1962, wyd. I
**  Stefan Jarociński - "Mozart", PWM, Kraków 1954, wyd. I
***Paul Johnson - "Historia chrześcijaństwa", ATXT, Gdańsk 1993, wyd. I
Alfred Einstein - Mozart, człowiek i dzieło, PWM Kraków 1975

 

001247

Recenzja